• Miałam 25 lat, kiedy urodziłam naszą pierwszą córkę.
    Mój chłopak, ojciec dziecka, miał 24.

    Kiedy ja byłam już dojrzała, on miał w głowie zupełnie co innego.

    Od niecałego roku mieszkałam w jego mieście, na obcym kontynencie, w obcym kraju który mówił językiem którego nie znałam.
    I mimo że udało mi się to miejsce pokochać, ta miłość nie wystarczyła, by pokonać demony z gór.

    Pewnego dnia odbywały się urodziny jego siostry w restauracji.
    Cała rodzina pojechała świętować.
    Ja zostałam w domu — z moim bratem, który mnie wtedy odwiedzał, i z moją córeczką.

    Na imprezie było picie. Dużo picia.
    Nie było to nic nadzwyczajne w domu, w którym stała osobna, pełnowymiarowa lodówka tylko na piwo, imprezy odbywały się co weekend.

    Kiedy mama, tata i siostra wrócili, zawołali mnie na rozmowę.
    Mówili pijanym językiem.
    Tylko po portugalsku — którego w większości wtedy jeszcze nie rozumiałam.

    Mówili, że zabieram im syna. Brata.
    Że dlaczego zachowuję się tak, jakbym była u siebie, skoro nie jestem u siebie.

    Mieszkaliśmy razem z jego rodzicami.
    Nie miałam pracy.
    Nie miałam żadnych zasiłków.

    Byłam zdana na niego i jego rodzinę.

    Ja i nasza córeczka.
    On pracował wtedy za najniższą krajową.

    Nie chciałam dyskutować.
    Nie chciałam rozmawiać.
    Zastanawiałam się tylko, gdzie jest mój chłopak — ten, który powinien mnie przed taką rozmową ochronić.

    Nie było go.
    I nie był to pierwszy raz.

    On miał 24 lata, kolegów na zawołanie i potrzebę zabawy.
    Chciał imprezować, pić, najlepiej w każdy weekend — bo po to jest weekend.

    A ja?

    Ja miałam wybór.
    Mogłam iść z nim.
    Z dzieckiem.

    Ale zamiast tego wolałam, żeby moja córka była wykąpana, najedzona i spała w łóżeczku.
    Nie chodziłam.
    Nie imprezowałam.
    Byłam nudna.
    Z własnego wyboru.

    Rozmowa z jego mamą i siostrą nie skończyła się.
    Kiedy próbowałam odejść, szły za mną.
    Aż do miejsca, w którym „mieszkałam”.

    Krzyczały.

    Wiedziałam, że mój chłopak mi nie uwierzy.
    Dlatego zaczęłam nagrywać.
    Nagrywałam ja. Nagrywał mój brat.

    Kiedy to zobaczyły, zaczęły się z nami szarpać.
    Obok w pokoju spała moja córka.
    Bałam się bardzo, że w tym szale, pod wpływem alkoholu, wydarzy się coś nieodwracalnego.

    Mój brat pobiegł po ojca mojego chłopaka.
    Przyszedł, zabrał pijaną matkę i siostrę.

    Mój telefon wylądował w toalecie. Spłukany.
    Bały się tego, co nagrałam.
    Zapomniały, że mój brat też nagrywał.

    Nagranie miałam przez kilka lat.
    Nie wiem po co.
    Nigdy go nie oglądałam.
    Poza jednym razem, kiedy pokazałam je mojej mamie.
    Nie chciała go oglądać. “Zapomnij” usłyszałam.

    Potem było już tylko gorzej.

    Kiedy mój chłopak wrócił, nie uwierzył ani mnie, ani mojemu bratu.
    Kiedy pokazaliśmy mu nagranie — wkurzył się.
    Następnego dnia była awantura.
    On, jego matka i siostra.

    I wtedy zrozumiałam coś bardzo wyraźnie:
    ja nie byłam najważniejsza.

    Ja i nasza córka byłyśmy gdzieś dalej.
    On sam nie wiedział gdzie.

    Wybrał jednostronnie.

    Zaczął sypiać w domu rodziców.
    Nie z nami.

    A ja w „nagrodę” dostawałam w sufit kulami bilardowymi — nad pokojem córki stał stół bilardowy.
    Odcinali mi internet, żebym nie kontaktowała się z nikim z Polski.

    Nie mogłam tak żyć.

    Spakowaliśmy się.
    Zabrał nas do swojego przyjaciela, który mieszkał z mamą.
    Ja. Trzymiesięczna córka. Mój brat. On.

    To była przejściówka.
    Czekanie na decyzję.

    Zapadła szybko.
    Wracam z bratem i córką do Polski.

    Spaliśmy tam jedną noc.
    Potem znalazł najtańszy hostel, na który było go stać, na drugim końcu miasta.
    Tam mieliśmy czekać trzy tygodnie na lot.

    Załatwialiśmy dokumenty.
    Pożyczył od ojca pieniądze na mój bilet i bilet córki.
    Oddaliśmy je później razem.

    Właściciel hostelu dał nam cały pokój.
    Około pięciu metrów kwadratowych.
    Trzy łóżka piętrowe.
    Łazienka wspólna.
    Kuchnia i pralnia na zewnątrz.

    Poza sezonem. Na szczęście.

    W tym pokoju byliśmy ja, moja trzymiesięczna córka i mój brat.
    Bez pieniędzy.
    Zdani na to, co przywiezie mój chłopak.

    Musieliśmy przetrwać trzy tygodnie.

    Na początku przyjeżdżał co drugi dzień.
    Potem coraz rzadziej.

    Tak bardzo chciałam się obudzić z tego złego snu.
    Nie rozumiałam dlaczego.

    Przecież się kochaliśmy.
    Był moim przyjacielem.
    Ufałam mu.

    Dla niego spakowałam się w dwie walizki i wyjechałam na drugi koniec świata.
    Bez namysłu.
    Żeby dać szansę naszej miłości.

    Demony z gór mi go zabrały.

    Czekałam na jego przyjazd jak dzieci czekają na pierwszą gwiazdkę.
    A on traktował mnie coraz gorzej.
    Nie odpisywał.
    Nie oddzwaniał.
    Nie dotykał mnie.
    Nie patrzył na mnie.

    On już nie był mój.
    Był daleko.

    A ja czekałam.

    Trzy tygodnie były ciężkie.
    Nie mieliśmy pieniędzy.
    Na szczęście karmiłam córkę, więc nie musiałam kupować dla niej nic poza pieluchami.

    Bałam się, że stracę pokarm.
    Z nerwów.
    Z braku jedzenia.

    Naszym popisowym daniem był ryż z szynką, groszkiem i śmietaną.
    Jedliśmy go często.
    Na nic więcej nie było nas stać.

    Moja mama wysłała nam raz pieniądze.
    Musiały starczyć.
    Liczyliśmy każdy grosz.

    Codziennie zasypiałam na dolnym łóżku piętrowym, wtulona w moją córeczkę.
    Sprawdzałam, czy oddycha.
    Dotykałam jej.

    Wiedziałam, że robię to dla niej.
    Tylko dla niej.

    Bez niej nie byłoby mnie już dawno.
    Mój świat wtedy zamilkł.

    Przysięgałam jej po cichu, że będę silna.
    Że będzie lepiej.
    Że nieważne, jak bardzo życie mnie poturbuje — ona nigdy tego nie poczuje.

    11 września wylecieliśmy do Polski.
    Na lotnisku żegnał mnie jakby mnie nie znał.

    Wiedziałam, że to koniec.
    Wiedziałam, że muszę zacząć nowe życie którego tak bardzo nie chciałam.

    Nie tak miała się skończyć ta historia.

    Po jedenastu latach wróciłam do tego samego miejsca.
    Nie z chłopakiem, ale z mężczyzną.
    Ojcem moich dwóch córek.
    Z synkiem w drodze.
    Moim mężem.

    Nie boję się.
    Jestem silna.
    Ufam mu.
    Wierzę.

    Ale najbardziej ufam sobie.

    Jestem w zupełnie innym punkcie życia niż dwanaście lat temu.
    I bez względu na to, co się stanie — wiem jedno:
    nic mnie już nie złamie.

    Demony z gór się schowały.
    Mam nadzieję, że nigdy już się nie obudzą.

    Bo dziś to ja jestem swoim domem.

  • Nie wiem, ile dokładnie miałam lat, kiedy pierwszy raz poczułam, że dom może boleć. Pamiętam tylko, że był to wiek przedszkolny, kiedy pierwszy raz znalazłam zapłakaną mamę w toalecie.
    Mówię „5”, bo to brzmi jak moment, w którym dziecko powinno jeszcze wierzyć, że świat jest bezpieczny.
    Ale prawda jest taka, że ten strach rozlewał się na każdy rok mojego życia. Od najwcześniejszych wspomnień aż do osiemnastki, do momentu kiedy “strach” postanowił odebrać sobie życie.

    Dom powinien być miejscem, gdzie się dorasta.
    Dla mnie był miejscem, gdzie się kurczyłam, znikałam, wsiąkałam w materac. Gdzie każdego dnia modliłam się by dzień się skończył, by była cisza, bez krzyków, bez bicia, bez płaczu, by nie było mnie.

    Bałam się ojca. To był strach cichy, ciągły, napięty jak gumka, która w każdej chwili może pęknąć. Nie trzeba było wiele — ton jego głosu, trzaśnięcie drzwiami samochodu, krok na schodach, ułamek sekundy, który wyznaczał, czy będzie spokój, czy coś pójdzie nie tak. Chociaż i to nie zawsze było takie oczywiste, do przewidzenia. Czasem wystarczyło jedno słowo, oddech nie taki, który spowodował lawinę agresji.

    Tata bił, bił zawsze jak coś poszło nie tak. Nie dyskutował, nie kłócił się, nie ostrzegał. Bił tym co miał pod ręką i to jak mnie zastał. Bił po nogach, rękach, głowie, plecach, brzuchu, nie ważne. Kiedyś złamał mi kolczyki na uszach, rozrywając go razem ze mną. Do bólu idzie się przyzwyczaić, do bólu fizycznego, bo ten psychiczny boli bardziej.
    Ciało pamięta takie rzeczy inaczej — nie jako konkretne obrazy, ale jako drżenie mięśni, które zostaje na lata.
    Jako odruch, którego nie da się tak po prostu wyłączyć. Długo, bardzo długo, jak ktoś podnosił szybko rękę miałam odruch uniku. Mój mąż od początku naszego związku to widział, mimo to, że już 6 lat nikt nie podniósł na mnie ręki. To zostaje, jak odruch oddychania.

    Moja mama też się bała.
    Była obok, ale jakby za szybą, której nikt nie potrafił rozbić.
    Nie reagowała. Nie krzyczała. Nie broniła. Czasem mówiła “… przestań, bo ją zabijesz”. U mnie w domu nie była to metafora.
    Wiem dziś, że sama była ofiarą.
    Wtedy jednak byłam dzieckiem, które nie potrafiło zrozumieć, dlaczego nikt nie zatrzyma tego, co boli. Tak bardzo potrzebowałam schronienia, bezpieczeństwa, kogoś kto mnie zrozumie, kto pomoże, kto nie powie “pewnie zasłużyłaś”. Ktoś komu jak powiem o swoich uczuciach, nie skarży na mnie tacie. Ta moja “słabość” w poszukiwaniu bezpiecznej osoby wiele razy była wykorzystywana.

    Bywały chwile, kiedy to ja mamę podtrzymywałam.
    Ja — mała dziewczynka — stałam się dla niej kimś, kto ma dodać sił, uspokoić, być jej tarczą.
    Dziecko, które za szybko dorosło, żeby przetrwać. Dziecko które biegło za nią jak wychodziła z domu we łzach, dziecko które siedziało z nią w łazience na podłodze i mówi jej, że jest kochana. Dziecko które co tydzień słyszy “przyjechał tylko na weekend, dasz radę”.

    Z czasem strach stał się nie tylko codziennością, ale i tłem.
    Oddychał ze mną.
    Chodził ze mną do szkoły.
    Spał obok, kiedy udawałam, że wszystko jest normalne.

    Od 5 do 18 roku życia żyłam w dwóch równoległych światach:
    tym, który widzieli inni, i tym, który naprawdę istniał za zamkniętymi drzwiami.

    Wielokrotnie rodzice chwalili się nami, chwalili ich znajomi, że mają dobrze “wytresowane” dzieci. Nikt nie widział, że to był strach, nikt nie uwierzyłby, że za zamkniętymi drzwiami, ta “szczęśliwa” rodzina, której niczego nie brakuje, jest zgnita, żyje w strachu.
    W tym drugim nauczyłam się milczeć, wycofywać, przepraszać za wszystko, co mogłoby wywołać burzę.
    Nauczyłam się przewidywać nastroje, skanować twarze, chodzić ostrożnie, być na ciągłym czuwaniu.

    Nauczyłam się bać — tak głęboko, że nawet jako dorosła wciąż muszę odklejać ten strach od skóry.

    Ale pisząc to, wiem jedno:
    To był świat, w którym żyłam jako dziecko.
    Nie świat, w którym chce żyć jako dorosła.

    I to jest mój pierwszy krok, żeby zostawić tamten dom tam, gdzie powinien być — w przeszłości.
    A siebie — zabrać stamtąd na własnych zasadach.

  • Nie wiem, czy istnieje dobre miejsce, by zacząć opowiadać własne życie.
    Moje na pewno nie układa się w linię prostą. Bardziej w plątaninę, w której czasem się gubię i gubiłam, często walczę, często albo raczej zawsze. Dużo ludzi którzy mnie znają myślą o mnie jako silnej osobie. Ja się staram, wiem, że nie ma burz które nie miną, ale po każdej z nich wychodzę z bliznami, które się goja, bądź z takimi które już na zawsze pozostaną ze mną.

    Mam w sobie depresję, której nie traktuje jak wroga. Bardziej jak kogoś, kogo wkładam do szuflady, kiedy muszę biec dalej (a jest tak bardzo często) a potem — gdy zbieram siły — wyciągam, przytulam, dbam o nią, po czym znowu odkładam, bo życie nie pyta, czy mam na nią czas.
    Do tego nie zdiagnozowane ADHD, wstępna diagnoza bipolar, emocje, które czasem mijają mnie szybciej, niż potrafię je złapać.
    I traumy. Te, o których wiem. I te, które dopiero zaczną mówić, kiedy zacznę pisać.

    Jestem mamą trójki dzieci. Żyję za granicą, w świecie trzech języków, trzech rytmów i trzech wersji siebie. Mam w zwyczaju myśleć o innych zanim pomyślę o sobie. Przepraszać częściej niż to potrzebne. Udawać, że daję radę — nawet kiedy się sypię.

    Wiem, że jeśli ktokolwiek, kogo znam, trafi tu kiedyś przez przypadek, może nie spodobać mu się to, jak widzę przeszłość. Moje spojrzenie. Moje słowa. Moje uczucia.
    Wiem, że niektórych to zrani, wkurzy, zawstydzi.
    Ale nic w tej historii nie powstaje przeciw komuś — tylko dla mnie.

    Wiem, że każda historia ma wiele wersji, zależnie od tego kto ją opowiada.

    Ja opisuję moją.

    Piszę, bo muszę uporządkować to, czego nie układałam przez lata. Piszę, bo chcę odzyskać siebie, rozdział po rozdziale, nawet jeśli niektóre kartki są porwane, brudne, poplamione łzami. Piszę, bo nie chcę już nieść tego wszystkiego w ciszy.

    To jest mój pierwszy rozdział.
    Nie wiem, ile ich będzie.
    Nie wiem, dokąd mnie zaprowadzą.

    Ale wreszcie zaczynam.