Nie wiem, ile dokładnie miałam lat, kiedy pierwszy raz poczułam, że dom może boleć. Pamiętam tylko, że był to wiek przedszkolny, kiedy pierwszy raz znalazłam zapłakaną mamę w toalecie.
Mówię „5”, bo to brzmi jak moment, w którym dziecko powinno jeszcze wierzyć, że świat jest bezpieczny.
Ale prawda jest taka, że ten strach rozlewał się na każdy rok mojego życia. Od najwcześniejszych wspomnień aż do osiemnastki, do momentu kiedy “strach” postanowił odebrać sobie życie.

Dom powinien być miejscem, gdzie się dorasta.
Dla mnie był miejscem, gdzie się kurczyłam, znikałam, wsiąkałam w materac. Gdzie każdego dnia modliłam się by dzień się skończył, by była cisza, bez krzyków, bez bicia, bez płaczu, by nie było mnie.

Bałam się ojca. To był strach cichy, ciągły, napięty jak gumka, która w każdej chwili może pęknąć. Nie trzeba było wiele — ton jego głosu, trzaśnięcie drzwiami samochodu, krok na schodach, ułamek sekundy, który wyznaczał, czy będzie spokój, czy coś pójdzie nie tak. Chociaż i to nie zawsze było takie oczywiste, do przewidzenia. Czasem wystarczyło jedno słowo, oddech nie taki, który spowodował lawinę agresji.

Tata bił, bił zawsze jak coś poszło nie tak. Nie dyskutował, nie kłócił się, nie ostrzegał. Bił tym co miał pod ręką i to jak mnie zastał. Bił po nogach, rękach, głowie, plecach, brzuchu, nie ważne. Kiedyś złamał mi kolczyki na uszach, rozrywając go razem ze mną. Do bólu idzie się przyzwyczaić, do bólu fizycznego, bo ten psychiczny boli bardziej.
Ciało pamięta takie rzeczy inaczej — nie jako konkretne obrazy, ale jako drżenie mięśni, które zostaje na lata.
Jako odruch, którego nie da się tak po prostu wyłączyć. Długo, bardzo długo, jak ktoś podnosił szybko rękę miałam odruch uniku. Mój mąż od początku naszego związku to widział, mimo to, że już 6 lat nikt nie podniósł na mnie ręki. To zostaje, jak odruch oddychania.

Moja mama też się bała.
Była obok, ale jakby za szybą, której nikt nie potrafił rozbić.
Nie reagowała. Nie krzyczała. Nie broniła. Czasem mówiła “… przestań, bo ją zabijesz”. U mnie w domu nie była to metafora.
Wiem dziś, że sama była ofiarą.
Wtedy jednak byłam dzieckiem, które nie potrafiło zrozumieć, dlaczego nikt nie zatrzyma tego, co boli. Tak bardzo potrzebowałam schronienia, bezpieczeństwa, kogoś kto mnie zrozumie, kto pomoże, kto nie powie “pewnie zasłużyłaś”. Ktoś komu jak powiem o swoich uczuciach, nie skarży na mnie tacie. Ta moja “słabość” w poszukiwaniu bezpiecznej osoby wiele razy była wykorzystywana.

Bywały chwile, kiedy to ja mamę podtrzymywałam.
Ja — mała dziewczynka — stałam się dla niej kimś, kto ma dodać sił, uspokoić, być jej tarczą.
Dziecko, które za szybko dorosło, żeby przetrwać. Dziecko które biegło za nią jak wychodziła z domu we łzach, dziecko które siedziało z nią w łazience na podłodze i mówi jej, że jest kochana. Dziecko które co tydzień słyszy “przyjechał tylko na weekend, dasz radę”.

Z czasem strach stał się nie tylko codziennością, ale i tłem.
Oddychał ze mną.
Chodził ze mną do szkoły.
Spał obok, kiedy udawałam, że wszystko jest normalne.

Od 5 do 18 roku życia żyłam w dwóch równoległych światach:
tym, który widzieli inni, i tym, który naprawdę istniał za zamkniętymi drzwiami.

Wielokrotnie rodzice chwalili się nami, chwalili ich znajomi, że mają dobrze “wytresowane” dzieci. Nikt nie widział, że to był strach, nikt nie uwierzyłby, że za zamkniętymi drzwiami, ta “szczęśliwa” rodzina, której niczego nie brakuje, jest zgnita, żyje w strachu.
W tym drugim nauczyłam się milczeć, wycofywać, przepraszać za wszystko, co mogłoby wywołać burzę.
Nauczyłam się przewidywać nastroje, skanować twarze, chodzić ostrożnie, być na ciągłym czuwaniu.

Nauczyłam się bać — tak głęboko, że nawet jako dorosła wciąż muszę odklejać ten strach od skóry.

Ale pisząc to, wiem jedno:
To był świat, w którym żyłam jako dziecko.
Nie świat, w którym chce żyć jako dorosła.

I to jest mój pierwszy krok, żeby zostawić tamten dom tam, gdzie powinien być — w przeszłości.
A siebie — zabrać stamtąd na własnych zasadach.

Posted in

Leave a comment